O nowej fali zajebistych nawijaczy vol. 1

Jeśli trafiliście na moją stronę pod koniec zeszłego roku, to pewnie spotkaliście się z rapowym podsumowaniem roku. Wiem, wiem… oprócz jazzowego, miało pojawić się jeszcze to, które opisywałoby moją ulubioną muzykę klubową, najlepsze albumy nowo-beatowe i moich faworytów w dziedzinie muzyki śpiewanej. Jednak w którymś momencie net został zalany przez tony podsumowań, co spowodowało że odechciało mi się pisać kolejne. Zamiast pisać, to zastanawiałem się jak bardzo nadal ważny jest dla mnie rap. Moi rówieśnicy Curren$y czy Wiz Khalifa przypomnieli mi, co spowodowało że zacząłem interesować się muzyką w ogóle. Oczywiste, że gdyby nie rap, nigdy nie zainteresowałbym się jazzem, funkiem, soulem, czy wszystkimi mutacjami przez które mój gust ewoluował przez lata. Gdyby nie impuls rapowy, nie czytalibyście teraz tego zdania. To pewne. Do czego zmierzam? W zasadzie do tego, że przez ostatni czas uczę się odkrywać muzykę rymowaną tak jak na samym początku. Zresztą wielu z Was, w czasach gdy nie było internetu, szukało nowej muzyki albo starszych płyt których nie znaliście, po gościnnych występach innych raperów, lub po ksywach producentów, którzy zaprogramowali najlepsze sztosy z Waszych kolekcji. Ja wtedy właśnie tak robiłem. Teraz o wszystkim można poczytać, poszukać sampli na whosampled.com, wymienić się linkiem ze znajomymi za pomocą portali społecznościowych. Jednym zdaniem: Jest łatwiej, dużo łatwiej. Jeśli nie trafiasz na dobre albumy, to albo jesteś leniwy, albo z kolei ogarniasz tyle, że już nic nie ogarniasz. No… albo trzecia opcja, nie interesujesz się muzyką wcale i koło chuja Ci lata co napierdala z Twoich z głośników. Ale tacy przecież nie czytają mojej strony, więc możemy wykreślić trzecią opcję. Prawda?

Curren$y & Fiend – Flying Iron

Wraz z rozwojem internetu, przemysł muzyczny zmienił się diametralnie. Nawet na pożegnaniu Fat Beats grano z serato. Nastała era plików itd. Chyba mówiłem już o tym kilka razy, zresztą zdaje się że pod koniec dekady powstawały już na ten temat książki na poziomie uniwersyteckim. Nic nowego w tym temacie nie dodam… W każdym razie chciałem o czymś innym. W latach 90-2000, raczej ciężko było wydać demo i trafić do mejdżorsa. Zanim tak się stało, trzeba było rozjebać na wolnym kilku kolesi pod spożywczakiem jak Biggie i mieć potężny szacunek na swojej dzielni. Wtedy, gdy wzór matematyczny, który ładnie rozrysował Król Disco – Osses, “gruby > reszta” określał kto rządzi, to mógł delikwent liczyć na kontrakt, dziwki i szampana. Kiedyś było inaczej, teraz jest inaczej jak nawijał Borixon. Teraz wiele rzeczy określa wynik w google, ruch na twitterze i ogólny internetowy hałas. Stąd pewnie pomysł na wydawanie mixtape’ów, które ostatecznie są albumami, tyle że wrzucone do netu za friko. Pierwszy raz zwróciłem uwagę na tego typu promocję, przy okazji wydania pierwszego mixtape’u Kid Cudiego w wakacje 2008 roku, a może nawet nieco wcześniej, gdy każdy gadał o Cool Kids. Zaraz potem pojawiła się gadka o nowej fali. Trzeba było nieźle się przebijać żeby trafić na najlepszych raperów urodzonych w okolicach połowy lat 80-tych. Ci którzy robili największe zamieszanie przestawali wkrótce wypuszczać darmowe mixtape’y, znajdując się pod skrzydłami dużych wytwórni.  Cudi debiutował w “Fools Gold” u A-Traka, a dwa oficjalne krążki wydał potem w Universal/Motown. Więc mamy nową drogę… przyjebać do internetu taki sztos, żeby w dniu premiery tytuł miksu wyskakiwał na pierwszym miejscu. Wtedy autor może liczyć się z tym, że po imprezie z okazji wypuszczenia kompilacji, obudzi go sam Jay-Z, dzwoniąc z propozycją kontraktu. W zeszłym roku królował Curren$y i Wiz Khalifa. Idąc po strzałkach mojego oldschoolowego diggowania rapu, następne 12 miesięcy to szansa dla ich kolegów, których Ci dzielenie wspierają. O kim mowa? Napiszę w następnym poście, prawdopodobnie jutro… bo powiecie że za długi tekst i nie chce Wam się czytać.

Advertisements
Posted in Mixtape, Rap, Wolne myśli Sebola | 3 Comments

Alex Band – An Eye For An Eye (Icek Super Jazzy DDC Exclusive Extreme Blend)

Właśnie wpadłem do Icka, patrze, a tu siedzą już moi ludzie. Rozmawialiśmy chwilę o “Zderzeniu Myśli” i innych albumach Alex Band. Okazało się że Icek, kiedyś zrobił krótki edit jednego, mniej znanego, ale legendarnego kawałka tego składu. Po paleniu nieźle nam się wkręcił beat który z tego wyszedł. Przed Wami ekskluzywny numer prosto z czeluści dysku twardego Icka Rosenkrantza. DDC is keeping legends alive!

Alex Band – An Eye For An Eye (Icek Super Jazzy DDC Exclusive Extreme Blend)

Posted in DaDopeCorner, DDC, Edit, Icek | 4 Comments

DDC Radio 4

Chciałem zrobić jeszcze kilka podsumowań, ale opierdalałem się, wskoczył nowy rok i odechciało mi się, pieprzyć to. Zamiast tego, mam coś śmiesznego! DDC4 to zapis kolejnego “kreatywnego” melanżu, który odbył się jakoś miesiąc temu. To było wtedy, gdy pół Polski (albo więcej) oglądało mecz reprezentacji pod wodzą Fraca. Inni tego wieczoru byli na rap koncercie w naszym mieście, gdzie podobno było gorąco. Stona, Icek i ja przegapiliśmy wszystko! Połączyliśmy siły żeby powstał kolejny, wyjebany, hardcorowy jak Robert Burneika materiał. Za okładkę jak zwykle odpowiada one and only Raper Prof! Pozdrawiam też całą bandę która melanżowała z nami przy zapisie tego podcastu, bez Was nie było by tego hajpu! Zdaje się, że nie muszę opisywać konkretnie, jak ten wieczór wyglądał, odpalcie miks – wszystko tam słuchać, chociaż opis Sly Stone’a też jest niezły:

2011 is here and DDC crew has done it again! From the bottom of the underground shit to the top of the cocaine mountain – we have what you need to start another year in BIG STYLE! Fill in your pimp cups, roll little something something and tell your lady/man to join you for the hottest 60 minutes of quality selection straight from the funky town of Poznan! DaDopeCorner is the place to be!  SebLove, Sly Stone and Ice K doin’ it for your pleasure!
1 Love!

Posted in 100na, DDC, Podcast, Seblove, Sebol, Sly Stone | Leave a comment

2010 – JAZZ

Za niecałe 50 dni zostaną rozdane nagrody Grammy. Z ciekawości zawsze staram się śledzić przynajmniej kto jest nominowany. Potem, często zapominam sprawdzić kto daną nagrodę dostał, bo już jestem rozczarowany samymi nominacjami. Dziś przyszło mi zastanowić się nad swoim kolejnym podsumowaniem, tym razem jazzowym. Dlaczego? Bo w kontekście nagród Grammy, to ja się chyba na jazzie kompletnie nie znam. Pomyślałem sobie: OK – może Jazz Forum nie prenumeruję, większe nazwiska z list nominowanych kojarzę, ale czy tych krytyków pojebało? Po pierwsze (licząc już tylko znane nazwiska) nie koniecznie jaram się tym co grają, zwłaszcza mowa tutaj o takim typie jak John McLaughlin… Po drugie, odczepię się od Wynton’a Marsalis’a, ale czy on na serio jest dziś tak wielki w jazzie żeby dość regularnie nagradzać go Grammy od lat 80-tych? Albo mnie coś ominęło, albo ktoś tu dostaje nagrody za zasługi. Oczywiście oddam szacunek Keith’owi Jarret’owi bo ten ziomeczek swoje już zrobił grając u Davis’a… Ale reszta? W moim pojęciu muzyki jazzowej to ludzie kompletnie nie znani. Na to wychodzi że jeszcze nic nie wiem, albo szukam muzyki kompletnie oderwanej od salonów i konserwatywnych szkół muzycznych, bo chyba nie sądziliście że ucieszyła mnie nominacja Herbie’go Hancock’a za najlepszą solową improwizacje w “A Change Is Gonna Come” z zupełnie (moim zdaniem) nieciekawego projektu “The Imagine” – który ledwo zmęczyłem. Piszę to niestety z wielką przykrością, bo muzycy pokroju Hancock’a to wirtuozi, których muzykę będę miłował do końca moich dni, ale niestety w moim mniemaniu nie jest to już to czego szukam. Strasznie cenię sobie dziś Terrence’a Blanchard’a – ten nawet wygrał w 2009 tę nagrodę do której nominowany jest Herbie w tym roku, ale co z młodszym pokoleniem muzyków? Czy Robert Glasper ze swoim fenomenalnym trio, za album “Double Booked” nie mógł otrzymać nawet nominacji, nie tylko w zeszłym roku (bo krążek ukazał się późno), ale nawet w tym? Coś jest nie tak… albo ja wybiegam za mocno w przyszłość, albo inni zupełnie nie łapią o co chodzi w (moim) jazzie i co jest w nim teraz dla mnie najbardziej porywające. Co jest jazzem 2010 roku?

Niektórzy z Was, którzy widzą już okładkę a jeszcze nie dobrnęli do końca akapitu mogą sądzić że mnie to dopiero popierdoliło. Ale niestety nie. To co dla jednych jest muzyką elektroniczną, dla innych new-beats’ową dla mnie w tym przypadku jest muzyką jazzową. Mało tego, bo tak jak w przypadku reszty albumów znajdujących się na tej liście – kolejność nie ma znaczenia, to w przypadku Flying Lotus’owejCosmogrammy” mamy do czynienia z krążkiem na poziomie legendarnym i ponadczasowym, zostawiającym ślad w historii muzyki w ogóle. To co początku było tylko zarysem ideii w laptopie Steve’a, ostatecznie po sesjach zapisujących “Cosmogrammę” stało się wytworem jednych z najbardziej kreatywnych postaci na świecie (a przynajmniej tych, które w tej chwili jeszcze stąpają po planecie). Czym była by harfa zagrana w programie komputerowym? Czym byłaby gitara basowa bez ręki wirtuoza? Zdaje się też, że partie smyczkowe nie byłyby tak bogate, gdyby nie odpowiadał za nie jeden z najważniejszych (jeśli nie najważniejszy) skrzypek i dyrygent młodego pokolenia? Co by się stało gdyby nigdy nie było okazji zaprosić do współpracy jednego z najciekawszych saksofonistów, w którego żyłach płynie krew samego John’a Coltrane’a? Nie oszukujmy się, wtedy “Cosmogramma” nie przeskoczyłaby prawdopodobnie poprzedniczki. Ale przecież chodzi o wejście na wyższy poziom twórczości. To właśnie dlatego powstało “The Infinity“, ““, w którego skład wchodzą: Rebekah Raff, Thundercat, Miguel Atwood-Ferguson, Ravi Coltrane oraz Richard Eigner i dzięki którym “Cosmogramma” tętni życiem i w przypadku udanego zawiązania składu na koncertach (bo zebrać tak zajęte postacie w jednym miejscu może graniczyć z cudem), improwizując cały czas ewoluuje. Koncepcja budowy “Cosmogrammy” również zdumiewa, wymusza na słuchaczu wysłuchania całej historii, bez przerzucania opowieści do ulubionych fragmentów. Płyta warta dość wysokiej ceny. 2LP z artwork’iem Leigh’a J. McCloskey’ego, robi duże wrażenie. Dzieło w każdym calu.

Christian Scott to koleś reprezentujący młodą falę muzyków jazzowych. To właśnie ludzie tacy jak on dziś w jazzie interesują mnie najbardziej. Dlaczego? W zasadzie z prostego powodu, nie doświadczę już na żywo wielu wielkich przedstawicieli tego gatunku. Pozostaje szperać za tymi, do których należy kontynuowanie drogi tej pięknej muzyki. Jednym z najciekawszych trębaczy w tej chwili (moim zdaniem) jest urodzony w 83 roku w Nowym Orleanie – Christian Scott. Trzy lata temu, gdy był w moim wieku, już był nominowany do Grammy (niestety nie wygrał)… a w tym roku wydał krążek “Yesterday you said Tomorrow“. Świetna rzecz, raczej spokojna płyta, polecam tym, którzy raczej mają ochotę pokontemplować. Scott mimo młodego wieku, już zdążył poszukać swojej barwy na trąbce. Album zawiera głównie kompozycje Christian’a, ale waszą uwagę może przyciągnąć piękny cover utworu Thom’a Yorke’aThe Eraser“. Co ciekawe, przy nagrywaniu płyty uczestniczył legendarny inżynier Rudy Van Gelder, który stał za choćby takim kamieniem milowym w dziejach jazzu jak “A Love Supreme” John’a Coltrane’a.

The Last Electro-Acoustic Space Jazz & Percussion Ensemble, to chyba moja ulubiona nazwa ze wszystkich które powstały na “Yesterdays Universe“, z pewnością też, jest to jeden z najprzyjaźniejszych składów w odbiorze jakie skonstruował w swojej głowie Madlib być może dlatego że to fusion (a nie free, jak w przypadku “Slave Riot“, do którego tutaj jeszcze wrócimy). “Miles Away” to hołd w kierunku mniej lub bardziej znanych postaci ze świata jazzu, kopalnia wiedzy i dodatkowa zabawa, bo po przesłuchaniu aranżacji Madliba, zawsze można wrócić do tych ku którym ten hołd jest składany. Przeważają kompozycje samego Otis’a Jackson’a, ale mamy też kompozycję Phil’a Ranelin’a i Roy’a Ayers’a. Ponadto pięknie wydana wersja winylowa z artworkiem naszego rodaka Radka Drutisa. Chyba umarłbym na zawał, na skutek szoku w dniu w którym dowiedziałbym się że Madlib skonstruował fizyczną wersję tego kosmicznego Ensemble i jest okazja posłuchania ich na żywo w Europie. 

Mimo tego, że towarzyszy mi nieustanne poczucie że ludzie nie odnotowali istnienia “For All We Know“, to ten album to prawdziwa jesienna muzyczna uczta. Jose James i Jef Neve już świetnie wypadli w szerszej konfiguracji podczas koncertu w Belgii, który był hołdem dla John’a Coltrane’a… zresztą jakże wystrzałowa, bo kto chciał, mógł obejrzeć go na żywo, siedząc w domu przed komputerem! Krótko po tym koncercie zapowiedziano wydanie krążka duetu, dla wytwórni Impulse. Pierwszy odsłuch mnie totalnie rozwalił, Jose James wrócił do stylistyki bliższej “The Dreamer“, z tą różnicą, że tutaj jego głos komponował się tylko z pianinem Jef’a. Zaznaczam, że delikatny wajb Neve’a jest tego typu brzmieniem które lubię – zero wiochy. “Autumn In New York” to hymn tej jesieni, ciężko też przejść obojętnie obok znajdującej się na “For All We Know” aranżacji standardu jazzowego “Lush Life“. Album mniej do palenia, ale jak najbardziej do kolacji z (nie każdą) ukochaną przy winie. Szkoda że album nie ukazał się na winylu.   

Wielu z Was dobrze zna ten album, jeśli nie – to z pewnością kojarzycie przynajmniej jeden ich kawałek, który z pewnością nie raz rozgrzewał parkiety spod ręki Kixnare’a, Pięknych Chłopców czy Maceo Wyro. Mowa o Souljazz Orchestra i ich tegorocznym hicie “Rising Sun“. Trochę to world-music, trochę arfrobeat, nieco jazz-funk. Skład tworzy sześć osób, zamieszkujących Kanadę. Natomiast czy to rodowici Kanadyjczycy, to pojęcia nie mam – bo jak na tamtą szerokość geograficzną to nazwiska dość egzotyczne. Dwa lata po wydaniu ostatniego krążka “Manifesto” debiutują w brytyjskim Strut, prawdziwą petardą. Genialna sekcja dęta! Marzy mi się posłuchać ich nie-na-festiwalu. 45 minut samej przyjemności… Polecam szczególnie tym, którzy uważają jazz za niestrawny. “Agbara“, “Lotus Flower” czy “Consecration” to prawdziwe perełki.

Kiedy czytałem polskie recenzje albumu “Slave Riot” od Young Jazz Rebels, przypominają mi się badania do pracy magisterskiej, gdy czytałem o interpretacjach późnych albumów John’a Coltrane’a w których jedni przypisywali mu rangę geniuszu, a inni nazywali jego muzykę anty-jazzem. Znowu brakuje jakiegoś złotego środka. Pewnie gdyby ta płyta ukazała się w latach 70-tych, spece od awangardy piali by zachwytu, natomiast gdy pod przykrywką dość sporego zespołu widzą tylko najaranego koleszkę z samplerem, to im pióra opadają. Przyszłość jazzu pewnie powędruje w tę stronę, o czym stara się nie zapominać James Mtume, który zniszczył w dyskusji krytyka Stanley’a Crouch’a, co zresztą warto zobaczyć tutaj. Od pierwszych płyt Yesteday’s New Quintet byłem zauroczony jazzowymi eksperymentami Madlib’a, które zwieńczył zespołem Sound Directions. Teraz kiedy po Yesterday’s Universe wychodzą wcześniej zapowiedziane jeszcze mniejsze pierwiastki Quitetu jestem cały podekscytowany tym, jak wiele wajbów potrafi wydobyć Otis Jackson ze swojej wyobraźni, obojętnie czy pisze zupełnie nowe utwory, improwizuje czy bazuje na covera’ch wyjebanych jazzowych kompozycji. Young Jazz Rebels “są” kosmiczno-plemienni czyli ideowo podobni do Space Programu Ras’a G – ale stylistycznie zupełnie inni, nawet bardziej melodyjni mimo że cały czas bardzo free. Uwielbiam “Theme From Illusion Suite” i jaram się że jest coś “For Brother Sun Ra“. Krążek zatwierdzony po paleniu.

Jeśli czytaliście podsumowanie roku na Diggin, pewnie zauważyliście wpis Maceo, którego pozwolę sobie zacytować, bo pięknie napisał: “Suite For Ma Dukes” bez grama patosu składa hołd mistrzowi Yoda hiphopowego undergroundu, JDilli i wynosi jego muzykę prosto do nieba, z pominięciem filharmonii i modnych kawiarni. Jeśli dziś możnaby pchnąć w kosmos przesyłkę z pozdrowieniami z Ziemi, która mogłaby być dowodem na to, że jej mieszkańcy są sympatycznymi, utalentowanymi i pracowitymi istotami, nie zawahałbym się wybrać właśnie Miguela Atwooda-Fergusona z jego orkiestrą złożoną z osobników różnych ras i płci, grubych i chudych, wspólnie skupionych na wydawaniu perfekcyjnie zestrojonych ze sobą dźwięków. Cóż dodać? Wystarczy się pod tym podpisać, zresztą moje “ochy” i “achy” już na łamach tej strony pojawiły się tutaj. Może i to album nie-najbardziej-jazzowy, ale chyba najlepiej pasuje właśnie do tego zestawienia.W moim przekonaniu, to wydarzenie było tak wielkie dla historii muzyki współczesnej, jak wspominana wyżej “Cosmogramma“… no ale co zrobić, jak to w zasadzie Ci sami ludzie?!

O! Jak fajnie że Build An Ark wiąże całe podsumowanie. Dlaczego? Bo w zasadzie w tym zespole znajduje się większość ludzi, którzy pracowali najmocniej w jazzie w 2010 roku. To za sprawą Build An Ark rozpoczęła się moja przygoda z muzyką Carlos’a Niño czy Miguel’a Atwood’a Ferguson’a. Holenderskie Kindred Spirits to prawdziwa perełka na mapie muzycznego starego kontynentu, mając w lineupie śmietankę sceny jazzowej w Los Angeles. Wyżej wspominałem o hołdzie Madlib’a dla mniej lub bardziej znanych postaci ze świata jazzu, może teraz rozwinę tę myśl: Na “Miles Away” mamy utwory min. dla Derf’a Reklaw’a, Phil’a Ranelin’a czy Dwight’a Trible, cała trójka brała udział przy nagraniach płyt Build An Ark. Mało tego, harfiarka Rebekah Raff współpracująca od dłuższego czasu z Fly Lo, oczywiście też jest członkiem tego zespołu. Po prostu sami wymiatacze! Już w zeszłym roku Build An Ark zaznaczył swoją dobrą formę krążkiem “Love Part 1“, w tym roku kontynuowali tę passę drugą częścią, która kontynuowała ideę utworu “More Love*“, wprawiając brzmienie “Love Part 2” w bardziej blisko wschodni klimat. Obok tego zespołu nie można przejść obojętnie, chociaż żałuję że tak mało tutaj głosu Dwight’a Trible, to utworem “What The World Needs Now Is Love” załatwia całą sprawę. Dobrze żyć w świecie, w którym muzyka nadal o coś walczy. Dobrze żyć w świecie w którym jazz ma się dobrze, tylko trzeba wiedzieć gdzie go szukać. Bądźcie uważni w czasach renesansu Los Angeles.

Posted in 2010, Jazz, Podsumowanie roku, Wolne myśli Sebola | 7 Comments

2010 – RAP

W tym roku na mojej stronie będzie kilka postów podsumowujących ostatnie dwanaście miesięcy w muzyce. Uważam za wielce niepoważne wybierać pierwszą piątkę czy dziesiątkę “krążków roku” i zestawiać obok siebie np. Kanye Westa i Flying Lotusa, zdając sobie sprawę z tego że np. oba te krążki wywarły na mnie spory wpływ i dawały tyle samo przyjemności w słuchaniu. Metodologicznie to złe od podstaw, takie zestawianie. Zresztą, tak samo bez sensu jak bojkotowanie mainstreamu, tylko i wyłącznie dlatego że jest mainstreamem. Gdy byłem młodym gnojem to się spinałem, ja jebie… można powiedzieć że byłem przykładem tego, jak się nie powinno podchodzić do sztuki w ogóle! Były inne czasy, żyło się nadal golden age, przychodził czas panowania wczesnego Stones Throw, nie było jeszcze wszechobecnego facebook’a, Madlib nie miał fanpage’a i nie lubiło go ponad sto-dwadzieścia-dwa-tysiące osób. Dziś to wszystko chuj strzelił. To co kiedyś starannie wyszukane, nie koniecznie znane wszystkim dawało Ci poczucie że jesteś kozakiem że w ogóle masz szansę to słyszeć. Pamiętam zresztą dobrze, gdy w zeszłym roku Prof gadał w Warszawie z Andrew Mezą o Kankicku, i ten był w szoku że my o tym w ogóle słyszeliśmy. A dziś? W zasadzie wszystko może być znane! Wystarczy że jest na tyle dobre, że Tobie i twoim znajomym będzie się chciało udostępniać coś na jebanej ścianie. Pojęcie underground przestało mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Liczy się to co jest dobre, a o tym co złe nawet nie ma sensu się wypowiadać, bo szkoda czasu. Dlaczego więc nienawidzimy Kanye West’a skoro Flying Lotus jest w kręgu przynajmniej mojego mikro-światka, tak samo znany i przeliczając na $$$ równie ciężki do zaproszenia na nie-festiwalową imprezę co West? Nie umiem na to odpowiedzieć, ale im jestem starszy tym bardziej widzę i rozumiem, jak mało nadal wiem i jak dużo pewnie przede mną żeby dostrzegać wszystko z szerszej perspektywy. Skąd ten wywód? Bo gdyby ktoś mi powiedział w 2004 roku, gdy nie widziałem świata poza Madvillain, że za 6 lat napiszę podsumowanie hip-hopowe w którym będą w większości kolesie jeżdżący Maybachami, to chyba umarłbym ze śmiechu. A tu taki szok, człowiek który miał underground na drugie imię wypisuje takie rzeczy i jeszcze sam siebie wyśmiewa. Chociaż? Być może robię to niesłusznie… może to przemysł się zmienił? Może muzyka której zawsze słuchałem przez ostatnią dekadę zaczęła zarabiać grube bańki – a ja zwyczajnie się od niej nie odwróciłem? Musiałbym się dłużej nad tym zastanowić. Tyle słowem wstępu, przejdźmy do moich ulubionych rap płyt w 2010 roku… Oczywiście kolejność nie ma większego znaczenia, po prostu obrazki się tak ustawiły. Jako cytat otwierający listę wpierdolę tutaj wiadomość od mojego człowieka Mentalcuta:

słucham Big K.R.I.T. z Curren$y i tak sobie myślę, że miałeś rację z tym, że rap dawno nie był tak dobry jak w tym roku.

Album of the YearBlack Milka towarzyszył mi w tym roku wielokrotnie. Zresztą spodziewałem się świetnego krążka już po zajebistym singlu “Deadly Medley“, potem apetyt był tylko podsycany kolejnymi wyciekami uzupełniając wyobrażenie o nadchodzącym LP. Świetne “Oh Girl” dla dziewcząt, czy wybuchowe bangery jak “Warning (Keep Bouncing)“. Potem jeszcze cała ta sprawa z Warsoul i koncert Live Bandu w Powiększeniu… nie potrafię do tego nie wracać. Ciekawe jak ten krążek będzie pracował w kontekście upływającego czasu… Czy odpalając ten przeźroczysty wosk za 5 lat poczuję to samo pierdolnięcie? Oby tak!

Big Boi też dojebał. Pamiętam jak pojawiały się pierwsze single… najpierw słyszałem chyba utwór “General Patton“, zdaje się że pierwszy raz słyszałem go u Gilles’a. Pomyślałem sobie – ja pierdole, jaki to jest grubas! Już nawet jebać bit, ale cała ta nawijka! Muszę się Wam do czegoś przyznać… zanim pojawił się ten album, to dla mnie Outkast to zawsze był przede wszystkim Andre 3000, pewnie ze względu na to że jak wychodziły albumy podwójne, to zawsze część Dre bardziej do mnie przemawiała, chociaż utwory jak “Way You Move” to zawsze się broniły…  nagle Big Boi wjeżdża z krążkiem którego tytułu nigdy nie będę w stanie nauczyć się na pamięć i rozpierdala system. Big Boi tym krążkiem zdobył moją sympatię tak dużą, jaką darzę Andre. Do kawałków takich jak “Shutterbug“, “Fo Yo Sorrows” czy “You Ain’t No DJ“, będę wracał i mam nadzieję że będę często słyszał je na różnych baletach.

Pamiętam że ostatni raz jarałem się tak nową falą jak słuchałem pierwszego mixtape’u Kid Cudiego, czy wtedy, gdy dowiedziałem się o istnieniu Cool Kids. Ale jak pojawiła się owa nowa fala, wraz z nią trzeba było nieźle ogarniać żeby wyłapać generalnie najlepsze rzeczy. Po wyżej wymienionych moich rówieśnikach w zasadzie, w pełni rozjebałem się dopiero rapsami Curren$y’ego. Najpierw “Pilot Talk“… gdzie totalnie miażdżyła mnie najarana, wyluzowana i niepodrabiana nawijka. Wielokrotnie wracam do chaty z tyry i już sobie myślę w drodzę, że jak wpadnę to ukręcę dżoja i przyjebie “Roasted” na full, tak żeby sąsiedzi też wiedzieli o co w rapie się rozchodzi. Tak się jarałem przez kilka miesięcy, do czasu aż nie usłyszałem “Pilot Talk II” o którym szerzej pisałem tutaj. Musicie to sprawdzić!

Kanye West i jego piękne ciemne pokręcone fantazje. Tutaj nie będę się rozpisywał. Napiszę krótko: Album roku. Dlaczego? Odsyłam tutaj.

To największa niespodzianka w tym roku. Po pierwsze dlatego, że został mi przedstawiony zupełnie niedawno (wielkie podziękowania dla Dawida Rakowskiego), po drugie, że nie był forsowany w zasadzie nigdzie (a już na pewno nie tam gdzie ja śledzę muzykę), a po trzecie że to nie-dotknięty-przez-wpływ-muzyki-angielskiej hip-hop. Mowa o koleszce, kryjącym się pod pseudonimem Kashmere. Takiej muzy to można by się spodziewać gdzieś w Kaliforni, ale w UK – gdzie wszechobecny grime trzęsie całą wyspą? Kurwa nigdy w życiu bym nie pomyślał… A jednak! “Galaktus: Power Cosmic LP” to takie pomieszanie historii które lubił nawijać Kool Keith, wbitka w komiksy a la Doom, bity jak od Lootpack. Zwariowałem! Kupiłem LP bez zastanowienia. Nakład nie jest duży, warto się rozejrzeć.

Mój radar na produkcje Nottza był aktywny od czasu, kiedy pojawił się jego remiks do utworu “Cheeba” Shafiq’a i Bilal’a. Potem, jako regularny słuchacz audycji Benjiego zaczęły do mnie docierać pojedyncze tracki. Najpierw był “Shine So Brite“, do którego powstał całkiem fajny klip, potem trafiłem na “Blast That” z gościnnym udziałem Black Milka… Następnie rozwalił mnie tekstem w utworze “A Dream Come True” w którym składa hołd swoim nieżyjącym muzycznym bohaterom. Ta płyta, chociaż ma okładkę jak pięćset tysięcy albumów których byście nigdy nie sprawdzili, zawiera też kilka fajnych gościnnych występów: jest Dwele, jest Mayer Hawthorne, jest i Bilal. Jest dobrze!

Rick Ross zawsze potrafił nagrywać dobre płyty do samochodu. Jeśli ktoś zapytałby mnie o najlepsze 49 minut do jego Forda Fiesty czy innego Lanos’a, bez wahania odpowiem, przypierdol sobie “Teflon Don” od Big Boss’a Rick’a Ross’a. Od razu poczujesz się jakbyś miał skórzaną tapicerkę i kilkanaście koni więcej pod maską. Latem, gdy chłodzisz łokieć dobrze mieć w aucie ten krążek. J.U.S.T.I.C.E League, Kanye West, No ID i Lex Luger, zagwarantowali bogate brzmienie, a kawałki takie jak “Super High” czy “Maybach Music III” umilą każdą jazdę. Mi nie przeszkadza nawet Ne-Yo w refrenie.

Nigdy nie byłem krytyczny dla The Roots, chociaż jak wielu wolę ich pierwsze płyty, to zawszę szanowałem ich chęć do eksperymentowania. Gorzej ta ekipa miała z innymi odbiorcami, którzy często gęsto mieszali ich z błotem po “Phrenology” w górę… W końcu wszyscy są zadowoleni, dużo bangerów, znowu kilka kawałków do pośpiewania dzięki wpadającym w ucho refrenom, jak zwykle fenomenalny Black Thought. Pewnie dużo krytyków w podsumowaniach wymieni też przyzwoity projekt z Johnem Legendem… ale ja jakoś wolę “How I Got Over“. 

No i na koniec zostawiam prawdziwy smaczek! Gdyby to nie był mixtape, tylko normalne wydawnictwo które mógłbym kupić na winylu, to chyba jemu oddałbym tytuł mistrza rapu w roku 2010. Tak, tak, Wiz Khalifa to koleszka Pittsburgh’a tylko rok młodszy ode mnie, a tak dopierdolił. Myślę że jeszcze sporo namiesza, jestem ciekawy jak będzie wyglądał jego trzeci album zapowiadany na przyszły rok. Myślę ze nie warto zdradzać szczegółów na temat tego co zawiera “Kush & OJ“, w końcu jest do pobrania jest za friko. Zachęcam więc tym bardziej, to sprawdzenia krążka który w dzień premiery zawładnął statystykami google i twittera!

Całe życie słucham muzyki całymi albumami od A do Z. Nie jestem Dj’em, nie zbieram pojedynczych plików na komputerze, nie przepadam za krążkami gdzie mam jeden dobry singiel i resztę wypełniaczy. Powyżej wymieniłem 9 pozycji, które z przyjemnością słucha się w całości. Bez przycisku forwardowania. Dlatego pomijam w podsumowaniu płyty między innymi Reflection Eternal i Slum Village, które niestety nie są wybitne, ale mają kilka mocnych momentów. Nie wymienię też Clipse’ów którymi jarałem się przez większość tego roku, ale muszę być dokładny jak niemiecki finansista, bo “Til Casket Drops” pojawił się w grudniu 2009 roku. Poniżej zostawiam odsłuch audycji podsumowującej mniej więcej to, o czym napisałem wyżej. Trochę przegadaliśmy rap, ale były pytania… Niebawem kolejny wpis.

Posted in Podsumowanie roku, Rap, Wolne myśli Sebola | Leave a comment

The Phantom – Connect The Dots

The Phantom – Connect The Dots

Powyższy klip Łukasza Stachurko i Bartka Szymkiewicza, z udziałem pięknej Ani Zegalski, która nadała dodatkowo nuty erotyki temu obrazowi, dziś zmotywował mnie do wpisu na temat najnowszej EP-ki Bartka Kruczyńskiego, dawniej znanego jako Barto, teraz bardziej kojarzonego z jego klubowego wcielenia, enigmatycznej zjawy, postaci o pseudonimie: The Phantom. Kozacki zrzut na Mikołaja! Tak to się robi, ale zagranico! Powiem szczerze że trochę przespałem nadejście tego bangera… a przecież jakoś pod koniec października na mojej skrzynce wylądował całkiem przyzwoity remiks Jack’a Dixon’a, autorstwa Bartka właśnie. Mimo tego nie spodziewałem się, że w zasadzie pół roku po wydaniu PL Funky w Top Billin, The Phantom nawiąże współpracę z Londyńskim Senseless Records i wyda coś zarazem tak krótkiego i treściwego. Chociaż… jakby się bliżej temu przyjrzeć, to przecież The Phantom popełnił całkiem fajny remiks bardzo groźnego oryginału od Supra 1, “Still Belive“, który ukazał się nakładem Trouble & Bass, co zapewne spowodowało dość spory rozgłos w świecie sceny bassowej (może mniej w samej Polsce). Ponadto jego kawałki grane są między innymi w Rinse.fm, a to też już jakieś +56 kredytu do promocji.

The Phantom ostatnią EPką udowadnia, że nie tylko Supra 1 to w tej chwili to najgorętszy towar eksportowy z Polski. Bartek odkąd stał się “zjawą” pokazywał swoje zacięcie do robienia hitów, teraz wykorzystując jeszcze krótkie sample wokalne, nadał swoim kawałkom jeszcze większej chwytliwości, pozbawiając powoli nudną ramę stylistyczną UK Funky, którego forma powoli (przynajmniej ta czysto-instrumentalna) zaczynała sprawiać wrażenie wyeksploatowanej do maksimum. Przynajmniej ja odnosiłem takie wrażenie, że to co Ramadanman czy inni członkowie Swamp 81 zaczęli robić z dubstep’em, eksperymentując wzięli go na tak wysoki level, że ten przestał nawet brzmieć jak dubstep. W UK Funky jeszcze nie słyszałem przemiany na taką skalę, ale jest światło w tunelu opuszczenia barier dość specyficznego układania perkusji. Ciekawe jaki będzie feedback tej EP-ki. “Connect The Dots” – sztos, “Girl” – też mocny (ciekawe skąd wokal? Przez chwilę myślałem o Twista – Slow Jamz, ale chyba zbyt mocno popłynąłem). “Night Game” – przekozak, z samplem z Lil Wayne’a? Jednak, tutaj przede wszystkim należy zwrócić uwagę na remiks Zeppy Zep’a, już kiedyś pisałem, że jego numerami jarali się na siłkach na Dębieckim podwórku, ale ten podobny-do-zomby’ego rework to prawdziwy szatan. Czekam na Zeppy’ego! Wersję digital zdobędziesz na junodownload.

Warto zbadać remiks Zeppy’ego z acapellą Gucci Mane. Świetne!

Posted in The Phantom, Video, Łukasz Stachurko | 1 Comment

Footprints #16 Galus Pokój Czarnych Płyt – Diggin Europe: The Mission 60′-80′

O Galusie mówiło się w Polsce od jakiegoś czasu… Z różnych stron dobiegały entuzjastyczne recenzje jego krążka „Retro Lyrics”, na który zresztą zwrócił moją uwagę sam autor okładki tego wydawnictwa – Radek Drutis (znany nam głównie z projektów okładek dla Stones Throw), pogrzebałem trochę za informacjami o producencie z Olecka – i okazało się że wydał fenomenalną instrumentalną 7” zatytułowaną „100206”, dedykowaną Jay Dee. Od tamtego czasu, nie przestaję śledzić poczynań Galusa, wierząc mocno w to, że niebawem usłyszą o nim nie tylko słuchacze z Polski. Zresztą jak słyszałem, „Pokój Czarnych Płyt” już nawiązał kolaborację z wytwórnią Soulspazm, a siedmiocalowy krążek o którym wspominałem wyżej, został zmasterowany przez samego Dave’a Cooley’a (Stones Throw), który pracował nad ostatecznym brzmieniem wielu produkcji Madliba. Niedawno ukazały się dwa dynamiczne mikstape’y pokazujące bogactwo Polskiej muzyki, jeden pełen kompozycji z katalogu Pronit, drugi ukazujący zasoby wydawnictw Muza Polskie Nagrania, po odsłuchu nie zastanawiałem się długo i zaproponowałem Galusowi udział w projekcie Footprints, oto co otrzymałem w odpowiedzi zwrotnej:

Miks „Diggin Europe: The Mission 60′-80’” jest kolażem nagrań, które powstały w Europie w latach 1960-1980, zawiera on takie gatunki jak Jazz, Big Beat, Funk, Muzyka Elekroniczna, Psychodeliczna i Rock. W przeciwieństwie do poprzednich dwóch miksów, które zawierały nagrania Polskich artystów wydanych przez Muza Polskie Nagrania i Pronit, tutaj spotykają się utwory artystów europejskich z takich krajów jak Węgry, Czechosłowacja, Niemcy, Rosja, Rumunia, Portugalia, Francja. 68 utworów użytych w miksie, zostało starannie wyselekcjonowanych z prawie tysiąca płyt winylowych, wydanych na starym kontynencie kilkadziesiąt lat temu. Ideą “Diggin Europe: The Mission 60′-80′” jest pokazanie tożsamości muzyki tworzonej w Europie w najlepszych latach dla rozwoju muzyki.

Footprints #16 Galus Pokój Czarnych Płyt – Diggin Europe: The Mission 60′-80′ (MIRROR) (Kliknij tutaj żeby ściągnąć)
(Grudzień 2010)

1. Lokomotiv GT – Prologue and Trialogue (Pepita, Hungary 1980)
2. Olympic – Harem (Supraphon, Czechoslovakia 1973)
3. Karel Ulach and his orchestra – Romance For a Crown (Supraphon, Czechoslovakia 1980)
4. Maria Pahomenko – Grusti (Melodija, Russia 1971)
5. Stephan Sulke – Nee Fraulein (Intercord, Germany 1976)
6. Bergendy – Automatic Love (Pepita, Hungary 1981)
7. Helena Vondrackova – Az Pujde Dest do Travy Spat (Supraphon, Czechoslovakia 1977)
8. Adamo – Ensemble (Amiga, France 1971)
9. Tereza Kessovia – Love Story (Balkanton, Bulgaria 1973)
10. Apostol Group – A Family Conference (Pepita, Hungary 1978)
11. Omega 6 – Mozgo Vilag (Pepita, Hungary 1974)
12. Merveilleuse Mireille – Je Ne Sais Pas, Ne Sais Plus (Melodija, Russia 1973)
13. Szabados Quartet – Az Eskuvo (Pepita, Hungary 1974)
14. Dorin Anastasiu – Chiar Daca Tu (Electrocord, Romania 1977)
15. Apostol Group – Hol Egy Dallam (Pepita, Hungary 1978)
16. Xanten Sekura – Symphonie 1 (BASF, Germany 1978)
17. Mireille – Tu m’as Donne’ La Vie (Amiga, Germany 1973)
18. Marcela Laiferova – MLC (Opus, Czechoslovakia 1969)
19. Klaus Doldinger – Ataraxia Part 2 (Amiga Jazz, German Democratic Republic 1978)
20. Locomotiv gt – Es Jott a Doktor (Pepita, Hungary 1975)
21. Vladimir Misik – Deserted Alley (Supraphon, Czechoslovakia 1971)
22. Syrius – Broken Dreams (Pepita, Hungary 1976)
23. L.Georgiev – Sha (Balkanton, Bulgaria 1965)
24. Cidalia Meireles – Macau (Alvorada, Portugal 1973)
25. Presser Gabor – Electromance (Pepita, Hungary 1982)
26. Marie Laforet – A Demain My Darling (Musidisc, France 1974)
27. Sonja Salvis – Moulin De Mon Coeur (Supraphon, Czechoslovakia 1970)
28. St.Eturski – The Love of the Sailor (Balkanton, Bulgaria 1971)
29. Aktuell – Etude (Amiga Jazz, German Democratic Republic 1976)
30. Frank Schobel – Sie Naht Ja Schon Ihr Hochzeitskleid (Amiga, German Democratic Republic 1975)
31. Passport – Eternal Spiral (Atlantic, Germany 1973)
32. P.Hammel – Blaznowe Byty (Opus, Czechoslovakia 1975)
33. HetFo – Shall I See You Again (Pepita, Hungary 1973)
34. G.Gorbovsky – Gloomy, Rain Evening (Melodija, Usrr 1983)
35. Zsoldos Imre – Charleston Egyveleg Some Of these Days (Pepita, Hungary 1976)
36. C.Kokyan – Msarurgwa (Melodija, Russia 1973)
37. Isabelle Aubret – Quelque Chose (Polydor, France 1968)
38. G.Grigoriu – Inima Mea e a Ta (Electrocord, Romania 1969)
39. Maria da Gloria – Um dia Voltaras (Alvorada, Portugal 1968)
40. Ray Connif – Softly, As In a Morning Sunrise (Amiga, DDR 1972)
41. A.Pugacheva – The Angel On Duty (Melodija, CCCP 1981)
42. HetFo – Weekday Ballads (Pepita, Hungary 1973)
43. Wladimir Wistotski – Ships (Melodija, Usrr 1980)
44. Barris, Koehler, Moll – Wrap Your Troubles in Dreams (Amiga, German Democratic
Republic 1977)
45. Lokomotiv GT – Prologue and Trialogue (Pepita, Hungary 1980)
46. G.Kuprevicius – 3 (Melodija, CCCP 1979)
47. Eugen Rotaru – In Zori (Electrocord, Romania 1971)
48. Mihaly Tamas – Ride of the Valkyries (Start, Hungary 1983)
49. Lovomotiv gt – Circus (Pepita, Hungary 1980)
50. Gabor Novai – Mar Nem Tudom (Pepita, Hungary 1976)
51. S.Mladenov – My Rails (Balkanton, Bulgaria 1971)
52. Vaclav Neckar – Nautilus (Supraphon, Czechoslovakia 1972)
53. Isabelle Aubret – Nous Dormirons Ensemble (Polydor, France 1969)
54. Alex Imre – Amor, Mon Amour, My Love (Electrocord, Romania 1970)
55. B. Myljawyn – Rozy cwet (Melodija, Russia 1977)
56. Jean – Michel Caradec – New York (Polydor, France 1974)
57. Kr. Stanishev – Play Upon Words (Balkanton, Bulgaria 1971)
58. Daliah Lavi – …Und Meine Traurigkeit (Polydor, Germany 1976)
59. A.Zoller – Aphrodite (Philips, Germany 1966)
60. Dainuoja Viktoras Malinauskas – Elegija (Melodija, CCCP 1972)
61. Alexandra – Schwarze Engel (Philips, Germany 1969)
62. Horst Geipel – Satin Doll (Amiga, German Democratic Republic 1981)
63. Fonograf – Prelude (Pepita, Hungary 1976)
64. Jeanne Bichevskaya – Why Do You Sit Up Until Midnight (Melodija, Ussr 1980)
65. W. Tamalja – Withe Girl (Melodija, Ussr 1973)
66. M.Magomayev – Peaceful Be Your Home (Melodija, Ussr 1980)
67. Eugen Rotaru – Rumba (Electrocord, Romania 1976)
68. Chris Doerk – Du Bist Da (Amiga, German Democratic Republic 1975)

Posted in Europe, Footprints, Galus Pokój Czarnych Płyt, Mixtape | 4 Comments